Jestem psychologiem, zajmuje sie rozwojem w czlowieka w ciagu zycia, najczesciej pracuje z dziecmi i z mlodzieza. Pisze doktorat o adopcji i tozsamosci. Ten blog to moj brulion, zeszyt z notatkami o mojej pracy, badaniach, zainteresowaniach.
Notatki
poniedziałek, 21 lipca 2008
W dzisiejszej GW artykul o projekcie ustawy regulujacej prawo do dziecka. Dyskusja o tym czy matka jest ta, ktora dala material genetyczny (jajeczko) czy ta, ktora urodzila trwa na swiecie od lat. Malo mowi sie ojcach, a ustawa, ktora proponuje rzad odbierze im do konca resztke godnosci. Obecnie obowiazuje zasada, ze ojcem dziecka jest maz matki, a jesli matka jest niezamezna, to ojcem jest jej partner, ktory decyduje sie uznac dziecko. Procedura uznania dziecka czy tez deklaracji ojcostwa nie jest skomplikowana i mozna ja przeprowadzic przed lub po narodzinach dziecka. Moj partner i ja nie mamy slubu wiec zdecydowalismy, ze uzna on nasze dziecko przed jej narodzinami. Nie wyobrazalismy sobie wycieczki do urzedu i zalatwiania takich formalnosci po porodzie. Zalezalo nam tez na tym, zeby w szpitalu moj partner mial prawo do informacji i podejmowania decyzji o dziecku. I na koniec, chodzilo tez o to, zeby nikt nie mogl podwazyc jego praw jako ojca naszej corki. Poszlismy do urzedu gminy, wypelnilismy dokumenty, a bardzo mila pani kierownik urzedu zadala nam pare pytan. Z urzedu gminy wyszlismy z poczuciem satysfakcji i komfortu psychicznego. Od tego dnia nasze dziecko oficjalnie ma dwoje rodzicow. Mnie i ojca, ktory z pelna swiadomoscia wzial na siebie odpowiedzialnosc za mala dziewczynke, ktora przyjdzie na swiat we wrzesniu. Zmrozilo mnie kiedy przeczytalam o pomyslach ustawodawcow. Gdyby ta ustawa obowiazywala, mielibysmy dwa wyjscia. Pierwszym z nich bylby slub, na ktory teraz nie mamy teraz czasu, pieniedzy, ani ochoty. Oboje uwazamy tez, ze pobieranie sie pod administracyjnym przymusem jest nie w porzadku i ze jest to zly powod do brania slubu. Drugim wyjsciem byloby uznanie dziecka dopiero po urodzeniu. Jednak ta procedura wymagalaby testow genetycznych potwierdzajacych ojcostwo. Mam z tym problem. Jezeli dwoje ludzi, bedacych ze soba w zwiazku (formalnym czy nie), decyduje sie na dziecko, to oboje powinni miec do tego dziecka takie same prawa. A dziecko powinno miec prawo do obojga rodzicow. Rozumiem, ze istnieje wymog deklaracji i oficjalnego zalatwienia sprawy ze strony rodzica, ktorego prawa moga byc zakwestionowane, ale obecna legislacja radzi sobie z taka sytuacja. Nie rozumiem dlaczego moj partner, ktory jest i chce byc ojcem tego dziecka mialby stracic do tego prawo. Nie rozumiem, dlaczego nasza corka mialaby stracic prawo do wlasnego ojca. Nie rozumiem dlaczego obydwoje musieliby udowadniac poprzez poddanie sie testom genetycznym, ze sa corka i ojcem. W Europie definicja rodziny staje sie coraz szersza i obejmuje coraz wiecej roznych konfiguracji, w jakich znajduja sie ludzie w ciagu zycia. To poszerzanie rozumienia czym jest rodzina nikogo nie krzywdzi. Wrecz przeciwnie, daje rodzicom szanse na wychowywanie dzieci w sposob otwarty i szczery. Pozwala tez dzieciom na nieograniczone relacje z wlasnymi rodzicami, uczy elastycznosci w kontaktach i otwiera na swiat. Propozycje rzadu dotyczace ojcostwa przedstawione w artykule GW sa szkodliwe i niebezpieczne. Zmuszaja do usztywnienia postaw i przekonan. Pokazuja kompletny brak zrozumienia dla praw dziecka i dla praw czlowieka w ogole. Wyglada na to, ze ustawodawcy nie maja za grosz zaufania do ludzi, do spoleczenstwa i ze czuja sie dobrze tylko w zinstytucjonalizowanym systemie, ktory w sposob totalny reguluje ludzkie zycie ograniczajac swobode i prawa obywateli. Nastepnym problemem sa prawa mezczyzn cierpiacych na bezplodnosc. Obecnie pary, w ktorych mezczyzna jest bezplodny, a ktore staraja sie o dziecko, moga skorzystac z banku spermy i zaplodnienia in vitro. Co sie stanie z tymi mezczyznami jesli ustawa wejdzie w zycie w formie opisanej w artykule? Cala idea sztucznego zaplodnienia opiera sie na tym, ze pary cierpiace na bezplodnosc moga dzieki temu miec dzieci. Dawcy spermy sa anonimowi. Jednak wedlug propozycji ustawy, ojcem dziecka moze byc tylko ten, ktory dal material genetyczny (sperme). Maz czy partner kobiety zaplodnionej sperma dawcy nie mialby praw do bycia ojcem tak poczetego dziecka i musialby to dziecko adoptowac. Dawca spermy musialby dobrowolnie zrzec sie ojcostwa. Bezplodny mezczyzna musialby przejsc przez dluga i skomplikowana procedure adopcyjna, na koncu ktorej urzednik moze zdecydowac, ze dany mezczyzna na ojca sie nie nadaje. Nie od dzisiaj wiadomo, ze polskie prawo adopcyjne jest przestarzale i nie dziala tak jak powinno. Dzisiaj chroni przede wszystkim urzednikow, sedziow i ludzi, ktorym zalezy na utrzymaniu domow dziecka. Znane sa patologiczne sytuacje, w ktorych biologiczni rodzice dziecka zglaszaja sie do domu dziecka tylko co jakis czas i nie pozwalaja na adopcje dziecka. Prawo to nie chroni natomiast dzieci, ani nie pomaga rodzinom adopcyjnym. Wracajac do propozycji rzadu. Ktory dawca spermy chcialby sie ujawnic i przejsc przez czasochlonne procedury zrzeczenia sie ojcostwa w sadzie? Jak duzym obciazeniem bedzie wymog adopcji dla ludzi, ktorzy i tak zmagaja sie z bezplodnoscia i drogim, bolesnym, nieobojetnym dla zdrowia leczeniem? Jak poradzilby sobie system opieki spolecznej z coraz wieksza liczba bezplodnych mezczyzn, chcacych adoptowac dzieci swoich zon? Jak uniknac oszustow i szantazystow, ktorzy najpierw oddawaliby sperme, a potem wyludzali pieniadze za rezygnacje z praw rodzicielskich? Nie znam dokladnie projektu ustawy, poniewaz artykul w GW jest pierwsza informacja na temat, z ktora sie zetknelam. Ale jest to kolejny pomysl, ktory stawia Polske w zlym swietle na tle innych krajow europejskich (i nie tylko). Zamiast wymyslac byle jakie prawo, byc moze nalezy siegnac po dobre, nowoczesne, ludzkie i humanitarne rozwiazania. Wystarczy uporzadkowac i unowoczesnic to co jest zamiast wprowadzac w zycie kolejne przepisy, ktore i tak wszyscy zaczna omijac bo szybko znajda na to sposob. P.S. Kiedy sie nad tym zastanowic, byc moze ustawodawcy chodzi tez o to, zeby zabezpieczyc sie na przyszlosc przed adopcja dzieci przez pary homoseksualne i posiadaniem dzieci z in vitro przez lesbijki czy kobiety samotne. Tym bardziej, ze coraz wiecej krajow europejskich zezwala na takie adopcje i nie stawia kobietom przeszkod w dostepie do bankow spermy i do sztucznego zaplodnienia. *************** Wpis tez na Gender.blox
sobota, 24 maja 2008
Najchetniej nie wychodzilabym z domu. Boje sie chodzic po Dublinie bo, w przeciwienstwie do Warszawy, ludzie nie ustepuja kobiecie w ciazy z drogi, nie robia miejsca, w autobusie czy w tramwaju nie ustepuja miejsca, zostalam wyproszona z kilku miejsc poniewaz chcialam skorzystac z czystej toalety (w pubach mozna ale z czystoscia sa na bakier i smierdza), wczoraj wyrzucono mnie z galerii (wstep wolny) poniewaz usiadlam na znalezionym krzesle. Musialam usiasc bo pewnie bym zemdlala. Krzeslo nie bylo dla mnie tylko dla straznika, ktory i tak na nim nie siedzial.
Mam wrazenie, ze ciaza wzbudza tu niesmak i irytacje. Baba w ciazy powinna siedziec w domu, a nie kluc w oczy swoim wygladem i nie denerwowac prosbami o krzeslo czy wstep do toalety. Baba w ciazy zajmuje za duzo miejsca, za wolno chodzi, jest zbyt niezgrabna, za szybko sie meczy. No i po co te nerwy kiedy oberwie czyjas torebka w brzuch albo ktos ja pchnie? Nie wiem czy moje wrazenie jest sluszne, ale w Warszawie jednak czuje sie bezpieczniej. Ludzie patrza na siebie nawzajem, wiec robia mi wiecej miejsca. Reaguja na to, ze w tlumie oslaniam brzuch i sie po prostu odsuwaja. W tramwaju zawsze ktos ustapi - co prawda czesciej mlode kobiety, niz starsi czy mezczyzni, ale przynajmniej facetowi w Polsce mozna zwrocic uwage. W Irlandii to niemozliwe. Skorzystanie z toalety w restauracji nie jest problemem i zawsze znajdzie sie krzeslo, na ktorym moge przysiasc. Moze mi sie odmieni jak pomieszkam w Warszawie, szczegolnie, ze zbliza sie trzeci trymestr i bede jeszcze wieksza i jeszcze bardziej upierdliwa, ale na razie Dublinczycy przegrywaja z Warszawiakami.
sobota, 17 maja 2008
Alez mi sie ten blog podoba! Czytam i czytam i nie moge sie oderwac! Polecam, polecam, polecam. Anna Wiatr, Narracje
sobota, 19 kwietnia 2008
Otatnio trafily do mnie dwa linki. Pierwszy pokazuje kilka plansz z ksiazeczki dla dzieci wyjasniajacej dzieciom co sie dzieje z mamusia, kiedy ta idzie do szpitala po nowy nos, plaski brzuch, szczuple uda i jedrne posladki. Nie widzialam calej ksiazeczki, ale podejrzewam, ze nie sklania ona dziecka do refleksji nad sensem tego typu operacji. Drugi prowadzi do bloga Bonnie Crowder, matki dwojga dzieci, ktora miala dosyc olsniewajaco pieknych zdjec chudych aktorek bez jednej faldki tluszczu i z idealnym biustem bawiacych urodzone przed tygodniem dzieci. Jak kazda kobieta odczuwam gorycz wynikajaca z tego, ze obowiazujacy ideal piekna jest niemozliwy do osiagniecia i presje, zeby jednak do tego idealu dazyc. Jak kazda kobieta w ciazy musze sobie radzic z tym, ze moje cialo sie zmienia i prawdopodobnie nigdy nie wroci do stanu przed, bez wzgledu na to w jak dobrej formie fizyczniej bede. Moje dziecko juz zaczelo po mnie rysowac. Na moich piersiach, ktore w ciagu kilku tygodni powiekszyly sie o dwa rozmiary, pojawily sie rozstepy. Pokazalam je Rudemu, ktory machnal reka. Pokazalam je ginekolozce, ktora powiedziala: "No tak, sa. Ale zbledna i znikna." Tylko, ze ja widze je codziennie. Jestem tez bardzo swiadoma tego, ze skora na moim brzuchu sie rozciaga i bez wzgledu na to jak znakomity krem w nia wcieram, bedzie wisiec. W latach 70, w czasach pierwszej edycji "Our bodies, ourselves" , ciazowe i pociazowe zmiany w kobiecym ciele byly traktowane jako naturalne zjawiska. Teraz, w XXI wieku te zmiany staly sie czyms wstydliwym i sa powodem niepokoju, niskiej samooceny i niecheci do siebie u kobiet. W mediach widzimy kobiety szczuple, opalone, z idealnymi piersiami, z plaskimi brzuchami, a akceptowalny wizerunek ciezarnej to idealnie wyretuszowana Demi Moore na okladce Vanity Fair. Potem patrzymy w lustro i widzimy rozstepy, pelne mleka piersi, faldy na brzuchu, okragle biodra, duze posladki, cellulit na udach. I po cichu zaczynamy sie siebie wstydzic, godzac sie jednoczesnie na brak szacunku dla tego co przechodza nasze ciala, zeby przez 9 miesiecy wyhodowac, a potem urodzic nowego czlowieka. Matka bez retuszu jest w kulturze masowej obiektem drwin albo przykladem tego co sie stanie jesli nie zastosujemy cudownego kremu na rozstepy lub blyskawicznego zelu na cellulit. Blog The Shape of a Mother pokazuje matki takimi jakie sa, z faldami, z brzuchami, z bliznami, z rozstepami, z obwislymi piersiami. Nikt sie tam nie smieje z kobiety, ktora urodzila czworo dzieci i bardzo to po niej widac. Nikt nie reaguje obrzydzeniem na widok porysowanych rozstepami brzuchow. Nikt nie klepie po plecach, mowiac: "Alez zaraz to zrzucisz, moja droga." Zdjecia sa momentami bolesne, ale przynajmniej pokazuja prawde i mysle, ze dla wielu kobiet maja dzialanie terapeutycznie i pomagaja zrozumiec i uwierzyc, ze taki wlasnie jest nasz ksztalt. Ksztalt matki. Wpis do przeczytania rowniez na Gender.blox
niedziela, 13 kwietnia 2008
Boje sie latac. Latac musze - nie mam wyjscia. Mieszkam na wyspie, daleko od bliskich i kilka razy w roku musze wsiasc do samolotu i wytrzymac niecale trzy godziny w powietrzu zeby sie z nimi zobaczyc. Za kazdym razem boje sie, ze cos pojdzie nie tak. Nie znosze startow, bo oddalam sie od ziemi, od pewnego gruntu, na ktorym czuje sie bezpiecznie. Uspakajam sie w trakcie lotu. Zaczelam wozic laptopa, zeby moc ogladac filmy, poniewaz nie potrafilam skupic sie na czytaniu. Nie lubie ladowan, bo wiem, ze to trudna faza lotu, ale wole ladowania od stratow, poniewaz wiem, ze niedlugo bede schodzic po schodach na plyte lotniska. Tlumacze sobie moj strach na wiele sposobow. Wiem, ze jest bezpodstawny, nieracjonalny, ze szkodzi, ze przeszkadza w normalnym funkcjonowaniu. Problem ze strachem przed lataniem polega na tym, ze nie trzeba byc w samolocie, zeby sie bac. Wystarczy o lataniu pomyslec. Zapach paliwa lotniczego jest jedynym, ktory potrafie sobie wyobrazic tak, ze go czuje. Czlowiek z lekiem wysokosci nie odczuwa strachu, chyba ze znajdzie sie wysoko. Ktos kto boi sie latac, moze bac sie bez przerwy. Cwicze wiec. Mysle o wszystkich spokojnych, nudnych lotach, ktore odbylam. Rozbieram je na czesci pierwsze - jade na lotnisko, oddaje bagaz, przechodze przez ochrone, ide do bramki, czekam, przechodze przez bramke, wsiadam do samolotu, moszcze sie wygodnie, zapinam pas, samolot rusza, zaloga tlumaczy zasady bezpieczenstwa, gasnie swiatlo, kolujemy, rozpedzamy sie, wzbijamy, zakret, nastepny, w gore, wyrownujemy, kapitan pozwala rozpiac pasy, wyciagam komputer, a potem nagle jest Poznan i wiem, ze mam wlozyc komputer do plecaka bo za 20 minut bedzie Warszawa. Nad Warszawa zawsze trzesie, ladowanie jest strome i krotkie. Wysiadam. Nic sie nie stalo. Dolatuje cala i zdrowa, zdziwiona i troche zaklopotana wlasnym strachem. W tym roku latam sporo. Zdecydowalam, ze urodze dziecko w Polsce wiec urzadzam sie tam na ostatni trymestr ciazy i pierwsze miesiace zycia malej. Bylismy tez na wspanialej wycieczce we dwoje w Barcelonie i Walencji. Kiedy lecielismy wzdluz wybrzeza Hiszpanii, powiedzialam Rudemu, ze zapomnialam, ze latanie moze byc dobrym przezyciem bo pozwala nam nie tylko na konieczne przemieszczanie sie, ale tez na poznawanie nowych miejsc. I cieszylam sie tym odkryciem do tego stopnia, ze nawet nieprzyjemny start z Walencji, troche straszny i mocno stresujacy, nie byl trauma. Byloby niezle, gdyby nie ostatnia histeria z powodu "przerwanego lotu do Szkocji". Doniesienia Gazety byly na poziomie brukowca i mimo, ze zdawalam sobie z tego sprawe, to nie udalo mi sie obronic przed strachem. (Zalinkowany artykul jest ostateczna, wygladzona wersja przerazajacych doniesien z podniebnego piekla). Nie wierze w ani jedno slowo pasazerow. W psychologii wiadomo, ze jesli znamy wynik wydarzenia to bedziemy wierzyc, ze przewidzielismy je zanim sie zdarzylo. Pasazer, ktory opowiada, ze samolot wydal mu sie podejrzany jeszcze przed odlotem dziala wlasnie wedlug tej zasady. Jezeli faktycznie zobaczyl cos niepokojacego, to powinien byl o tym powiedziec zalodze. Zrobilam tak przy ostatnim wylocie z Warszawy i nikt nie popatrzyl na mnie dziwnie, tylko jeden z pilotow wyszedl zeby sprawdzic o co chodzi, a szefowa pokladu wytlumaczyla mi potem co zobaczylam i dlaczego moglo mnie to zaniepokoic. Za dwa tygodnie znowu lece do Polski. Przez artykul GW znowu sie niepokoje. Ale jestem uparta i nie sie nie poddam tylko dlatego, ze ktos byl glupi, nieodpowiedzialny i nie zna kodeksu etycznego swojej profesji. Nie bede sie bac. Nie chce.
czwartek, 13 marca 2008
To co ludzie wiedza o sobie samych wynika z ich doswiadczen - idywidualnych i w grupie czy tez w grupach. Tozsamosc oczywiscie to nie tylko suma informacji o sobie - bez spoiwa emocjonalnego zdrowa tozsamosc nie moze istniec. Sama zawsze postrzegalam siebie jako obserwatora raczej niz uczestnika. Dlaczego tak to inna historia, teoretycznie jako psycholog powinnam wiedziec lepiej, ale tak mam i juz. Jednak sposob zdobywania doswiadczenia i wiedzy (rowniez o sobie) w ciazy wydaja mi sie troche inne niz na przyklad uczenie sie nowych rzeczy (rowniez o sobie) z racji przynaleznosci do grupy zawodowej. Od kiedy jestem w ciazy zostalam przyjeta do klubu czy tez grupy, o ktorej istnieniu nie mialam wczesniej pojecia. Otoz, od kiedy jestem w ciazy zostalam przyjeta do klubu matek. Nie zostalam czlonkinia tego klubu z automatu, ale wlasnie zostalam przyjeta. Poniewaz jestem psychologiem od dzieci i ucze psychologii rozwojowej to sadzilam, ze wiem juz wszystko i w zasadzie to nikt mi nic nie moze powiedziec bo po co, przeciez ja to juz wiem. Na przyklad wiem kiedy moje dziecko otworzy oczy i w jaki sposob odbiera dzwieki. Wiem tez jak i kiedy rozwina sie odruchy i dlaczego sa one dziecku potrzebne. Wiem co moze mu zagrozic i jakie beda tego konsekwencje. Wiem w jakiej kolejnosci i kiedy powinno osiagac kamienie milowe w rozwoju. Madra jestem strasznie. Tylko cala ta moja madrosc o kant tylka mozna potluc w obliczu wiedzy i doswiadczenia jakie zyskuje w kontaktach z kobietami, ktore juz przez to przeszly. I nie chodzi tylko o wymiane praktycznych informacji i porady. Chodzi o to, ze one wiedza jak ja sie czuje. One wiedza przez co przechodze, co bedzie dalej i jak sobie z tym wszystkim dac rade. Ich historie nie sa po to zeby mnie przerazic, zniechecic, wzruszyc czy rozsmieszyc. One sa po to, zebym nie czula sie sama. One sa po to, zebym mogla sie poczuc w nowej roli. I zebym pamietala, ze to tez bedzie mnie definiowac. Kobieta, psycholog, Europejka, naukowiec, corka, matka. Kazda z tych kategorii ma dla mnie ogromna wage. A jednak matka staje sie inaczej niz stawalam sie naukowcem czy Europejka.
wtorek, 19 lutego 2008
Dawno mnie nie bylo. Sesja mnie dopadla i wykonczyla fizycznie i intelektualnie. Juz, juz sie zaczelam dzwigac z ruin po sprawdzeniu stosow prac i egzaminow i okazalo sie, ze jestem w ciazy ;-) Bycie w ciazy meczy. Oglupia. Usypia. Spowalnia. Frustruje, bo ja nie jestem przyzwyczajona do nudnosci, zasypiania w dowolnym momencie, klopotow z koncentracja i pamiecia i zadyszki. Powoli wracam do siebie, chociaz prowadzenie zajec z rozwoju prenatalnego i trzymanie kamiennej twarzy przy opowiadaniu studentom o zagrozeniach i wadach plodu jest czasem nieznosne. Ciesze sie ale gdzies tam maly glosik podszeptuje, zebym nie cieszyla sie na zapas. Za duzo wiem. To przeszkadza. A szewc bez butow chodzi.
środa, 19 grudnia 2007
wciagnela mnie dokumentnie. Jestem zafascynowana wlasnymi wspomnieniami. Wracaja twarze, glosy, zdarzenia. Przerzucamy sie na forum zartami i uwagami, ale coraz czesciej wspominamy. Kto z kim gral w noge. Kto w kogo rzucil kasztanem (a moze to byla sniezka?)? Co robilismy na wagarach? Czy pamietacie straszna pania od matematyki? Kto byl Robin Hoodem a kto Szkarlatnym Willem? (Pani od matematyki tak naprawde nie byla straszna tylko wymagajaca. Ale dla kogos kto ma 10 lat jej wymagania byly straszne). Slyszalam, ze Nasza Klasa to odgrzewanie starych kotletow; ze nie ma sensu odnawiac znajomosci, ktore wiele lat temu sie wypalily; ze to nie sa prawdziwe wiezy. A jednak zawsze kiedy spotykam sie z irlandzkimi znajomymi czuje uklucie zazdrosci. Ci ludzie znaja sie od dziecinstwa. Chodzili razem do szkoly, bawili sie na jednym podworku, studiowali na tym samym uniwersytecie. Irlandia jest mala i w zasadzie wszyscy sie tu znaja albo sa spokrewnieni, albo maja wspolnych znajomych. Ale wszyscy wiedza tez kim sa i z kim maja do czynienia. Jest (a w kazdym razie przez wiele pokolen byla) zachowana ciaglosc i stabilnosc wiezow miedzy ludzmi i silna identyfikacja z grupa, ktora wspomaga rozwoj tozsamosci. W ludziach, ktorych zna sie od dawna mozna sie przejrzec jak w lustrze. Ludzie w takiej grupie pamietaja sie nawzajem i jesli czyjas historia bedzie wymagala odswiezenia lub opowiedzenia na nowo, to oni stana sie zrodlem informacji. Ja tej ciaglosci nie mam. Mam wrazenie, ze cale zycie jestem w ruchu, bez odpoczynku, bez stalej bazy ludzi (bo rodzina to co innego). To swietne zycie, ciekawe, wzbogacajace ale place za to tym, ze nikt nie wiem kim jestem. Tozsamosc osobista polega na ciaglosci. Wiem kim jestem, wiem kim bylam, wiem kim bede. Czlowiek w ruchu, ktory sie ciagle przemieszcza, ktory sie ociera ale nie zatrzymuje, ryzykuje, ze straci swiadomosc tego kim byl. Wie kim jest i pewnie wie kim bedzie, ale przeszlosc, a zatem osobista historia jego zycia, sie zamazuje. Nie bardzo potrafie rozpoznac siebie na starych zdjeciach. Jestem tu i teraz. Bede. Ale bylam? Ta dziewczynka to ja? Czy wspomnienie chlopakow bawiacych sie w Robin Hooda jest moje? Czy obraz kolezanki przeskakujacej raczo przez murek na boisku nalezy do mnie? Czy to ja turlalam sie z gorki w parku? Ci ludzie zmusili mnie do wysilku, do przywolania kolorow, zapachow, smakow, ktore kiedys znalam tak dobrze, a ktore sie zatarly. Zawsze zalowalam, ze tak malo pamietam. Ale teraz przetrzasam wspomnienia. Ciesze sie nimi. Domykam sie.
poniedziałek, 03 grudnia 2007
Czytam i oczom nie wierze (no, moze troche wierze): Prawie co dziesiąty rozwodnik ma zaledwie roczny staż małżeński i wyglada na to, ze nie sa to ludzie starsi i ze te rozwody nie sa wynikiem kryzysu wieku sredniego (cokolwiek to jest) ani nie biora sie z wieloletniego spietrzenia wielu konfliktow z wielkim kryzysem na finiszu. Byc moze niektore pary w ogole nie powinny brac slubu? Niektorzy ludzie po prostu sa szczesliwi w zwiazkach nieformalnych i potrafia je utrzymac we wzglednej harmonii. Byc moze cenia sobie to, ze formalnie do nikogo nie naleza, ze nie sa zwiazani kontraktem jakim jest przysiega slubna. A kiedy te przysiege skladaja czuja sie jakby uwiazywali sobie kamien u szyi. Ten kontrakt to koniec poczucia, ze zawsze mozna wstac i wyjsc, a jedyne co ich przed tym powstrzymuje to fakt, ze sa z druga osoba z wlasnego wyboru i ze jest to wybor zyciowy a nie chwilowy. Argumenty o konsumpcji (ze sie kupuje, a zuzyte albo nudne czy meczace, wyrzuca) mnie nie przekonuja. Raczej sadzilabym, ze ludzie dzialaja bezrefleksyjnie, napedza ich presja spoleczna i tradycja. Biora slub bo tak sie robi i nie zastanawiaja sie co to znaczy. Czasy kiedy zawierano malzenstwa bo tak nalezalo, bo byl to wyznacznik tozsamosci czlowieka juz minely. Czy wspolczesna kobieta lub wspolczesny mezczyzna musi byc zona/mezem, zeby wiedziec kim jest? Kim sa ci ludzie z artykulu, ktorzy biora slub i po roku sie rozwodza?
środa, 28 listopada 2007
Az by sie chcialo zapytac, co ksiedzu do TEGO? Ale sie nie zapyta bo na forum pod artykulem juz sie toczy wsciekla dyskusja na ten temat. Mnie zainteresowalo co powiedziala nowa pani minister od zdrowia - "że początkowo można by refundować in vitro najbiedniejszym". W Irlandii in vitro refundowane jest wszystkim, a i tak na te metode zaplodnienia decyduja sie przede wszystkim zamozniejsi. Przyczyna tego nie zawsze jest zdrowotna - ci zamozniejsi dlugo czekaja na decyzje o dziecku poniewaz dlugo sie ucza i ciezko pracuja na swoje kariery. A kiedy juz moga odsapnac, okazuje sie ze zajscie w ciaze wcale nie jest taka latwa sprawa. I wtedy za swoje podatki, za swoje skladki, za swoje pieniadze, ktore przez lata wypracowali maja prawo do in vitro. Razem z ta biedniejsza mniejszoscia, ktora tez nie moze zajsc w ciaze z roznych powodow. Nie kwestionuje prawa do ciazy i rodziny. Uwazam, ze kazdy powinien miec szanse - i biedny i bogaty. Ale mysle sobie, ze podejscie nowej pani minister oznacza wykorzystywanie tych, ktorzy dlugo sie ucza, rozwijaja zawodowo, ciezko pracuja, maja wiecej pieniedzy, ale placa wyzsze podatki i swiadomie planuja swoje zycie i zycie swoich dzieci. Powinni miec takie same prawa jak ci, ktorzy ucza sie krocej, pracuja mniej i maja mniej kasy.
|
Zakładki:
Adopcja
DublinDok czyli moje zapiski
Dzieci
Feminizm
Kontakt
Naukowe
Profeska
Psychologia
Uczelnia
Wazne
Z wzajemnoscia
Za szablon dziekuje
Wszystkie prawa autorskie, zarówno osobiste, jak i majątkowe, do wszystkich tekstów i zdjec zawartych na blogu psycholognotuje.blox.pl przysługują wyłącznie jego autorom. Wszystkie teksty prezentowane na tym blogu są chronione prawem autorskim, porozumieniami międzynarodowymi o prawie autorskim oraz innym ustawodawstewm i porozumieniami międzynarodowymi o ochronie praw na dobrach niematerialnych. Naruszenie tych praw podlega odpowiedzialności cywilnej i karnej.
|